przez Martę Kilian

22 listopada 2016

Nie będę do tego wracać.
Do nocy bez tchu, szeptów bez wstydu, wtuleń o świcie, spóźnionych śniadań przed pracą.
Do ognistego wzroku, obezwładniającego zapachu.
Do krótkich buziaczków na pożegnanie i powitanie.
Do uścisku dłoni, takiego na upewnienie się, że jesteśmy obok siebie.
Do bezpieczeństwa.
Do przeklętej pewności, że zawsze będziesz.

Nie będę do tego wracać.

Bo widzisz, żeby wrócić, musiałabym najpierw od tego odejść.






11 czerwca 2016

zdumienie

zdumienie


czy powinnam przystanąć?
zaczekać?
rozmyślić się?

czy czas,
który minął mnie sekundę temu
naprawdę sprowadził ten deszcz?

powinnam...?
a może to tylko wiatr,
namalował pejzaż Twoim dawnym zapachem...?



05.06.16






Nie. Nie powinnam.



3 lutego 2016

Trochę inna historia

Żyję od 5 lat. Mimo, iż urodziłam się niespełna 23 lata temu, świadomie oddycham i działam od 2011 roku.
Świadomie. 
To słowo tak pięknie rozbrzmiewa w głowie. 

1 styczeń 2011 roku, większość moich jakże cudownie szczęśliwo-miłosnych wierszy tak sprytnie i "niespostrzeżenie" nawiązuje to tej zimy. Mroźnej zimy z mnóstwem śniegu. Zimy, dzięki której pokochałam zimę i wiatr.

Poznaliśmy się, oczywiście, 1 stycznia. 7 minut po północy.
Byłam na zabawie sylwestrowej, na której miał się pojawić pewien znajomy znajomego mojej znajomej. 
Kiedy zobaczyłam JEGO, wysokiego blondyna z tak uroczym chaosem w swych długich (wtedy dłuższych niż moje!) włosach. Byłam ciekawa, a ON wzbudzał we mnie różne emocje, ale na pewno nie obojętność. 
Kiedy trzymał kieliszek od szampana, włosy opadały mu na twarz, próbowałam z nim porozmawiać. Minę miał tak zniechęconą, że pomyślałam tylko jedno: "co za gbur!" ;-) Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, pamiętajcie. Szczególnie, że jego niechęć mnie wcale nie zniechęciła.

Nie rozmawialiśmy więcej. Do czasu. Był tak zniechęcony przyjściem, że oznajmił, że idzie grać w Pokemony. 
Pokemony. Zazwyczaj kobiety oglądają się za sukienką/biżuterią/czymś tam, tak jak ja wtedy obejrzałam się za NIM.
Miał pokemony na telefonie. 
NA TELEFONIE. Nie mogłam nie zareagować. Nie ja. Wielokrotna mistrzyni Champion League na Indygo Plateu. 
Nasze oczy się spotkały. Moje wytrzeszczone i usta rozchylone w szoku, jego zawadiacki uśmiech i pytanie "grasz w pokemony?"...
I tu, około godziny drugiej 1 stycznia zaczął się romans. Początkowo bardzo tłumiony, konkretnie przez 3 tygodnie. Najbardziej zmarnowane 3 tygodnie w moim życiu od 1 stycznia 2011 roku. 

W pokemony gramy cały czas. Bardzo namiętnie. Udało mi się złapać 2 shiny pokemony w jednej grze, w innej pokemona z PKRS. Shiny zdarza się raz na kilka tysięcy, PKRS raz na kilkanaście.
Może jestem nietypową kobietą, ale nie znoszę biżuterii (choć czasem założę nawet obrączkę czy bransoletkę!) ani ciętych kwiatów (choć z ogródka jak najbardziej). Jaki jest dla mnie idealny prezent? Ano jest.  
Shiny pokemon, którego mimo że złapał w swojej grze, przesłał mi, bo to był jeden z moich ulubionych. Albo teraz, kiedy tak długo grał, aż dostał dla mnie shiny-startera. Nie ma piękniejszego prezentu, moje panie, niż ten z samego serca, którego najchętniej zostawilibyśmy sobie (z mojej strony to oczywiście, smażony ser i kakao i ogółem JEDZENIE).

Brzmi to trywialnie, może nawet śmiesznie, ale oszczędzając wykłady o pięknie małych czynów i rzeczy, nauczyliśmy się jednego, o czym mówię za każdym razem i zawsze będę powtarzać.
Miłość wymaga poświęceń.  Ukształtowaliśmy naszą miłość poświęceniami, rozmowami przez całe noce, dopasowywaniem się pod siebie. Dlaczego? Bo wiedzieliśmy, że jak nie będziemy razem, to nigdy nie będziemy szczęśliwi. Albo my, albo nikt. Każdy kogoś takiego ma w życiu, że jeśli nie spróbuje, będzie żałował całe życie. A my nie mogliśmy żałować.Od pierwszego tygodnia bycia razem planowaliśmy rodzinę, ślub, w ogóle, cały zarys życia RAZEM.  Drobne przeszkody nastolatów łatwo pokonać, a umocnienie siebie jest niewyobrażalnie wielkie. Nauczyliśmy i wdrążyliśmy się w siebie. Jesteśmy podstawą swojego szczęścia. Wiem jakie to dziś kontrowersyjne, ale to jest niemożliwe oddać komuś całe swoje serce i "być samym w sobie podstawą swojego szczęścia". Oddałam swoje serce i otrzymałam to samo w zamian. Bezinteresownie. Najczystszą, nastoletnia miłością, któa nie patrzyła na zaplecze finansowe, na osiągnięcia, na możliwości. Miłością, w której to wszystko sami zbudowaliśmy i realizujemy. Może i lata płyną, ale my się nie zmieniliśmy dużo. Jesteśmy częścią siebie, prawdziwym JEDNYM, kompletną rodziną z szaloną, maniaczką kosmetyków, gotowania, pieczenia i zdrowego trybu życia matką, stonowanym i porywczym, narzekającym na brak słodyczy ogromnym dzieckiem tatą, i wiecznie śmiejącym się i najlepiej uwieszonym na rodzicu synkiem-koalą.

Jednoznacznie, naszą piosenką jest All Good Things - Invincible . Z jedną, małą korektą...
We are invincible!




Odsunęłam się od niepotrzebnego społeczeństwa, i odsuwam się w dalszym ciągu. Wszystko, czego potrzebowałam, wszystko co najważniejsze -  już mam. I wiem, daczego szczęśliwi czasu nie liczą. Dowiedziałam się o tym teraz, w 2016 roku. Czas upływa i uderza w nas tym faktem, a nam zwyczajnie szkoda go marnować na uświadamianie sobie tego, bo zawsze już będzie to boleć. Trzeba korzystać, trzeba szaleć, trzeba zawsze być młodym i zakochanym człowiekiem. Nie można dorastać. Nigdy, przenigdy nie można dorosnąć do miłości.



Mam niemal 23 lata, żyję od 5 lat, Jestem zakochana po uszy w mojej rodzinie, bez której nie istnieję. I nie chcę istnieć.

Znalazłam swój raj za życia, teraz tylko muszę wymyślić, jak zatrzymać ten cholerny czas!

Sztuka jest najgłupszą rzeczą jaką wymyślił człowiek , a skoro ją wymyślił, nie mogło jej być wcześniej. Wykreowana przez artystę na potrzebę artystów, całkowicie pozbawiona logiki. Decydują o niej gusta i guściki, na temat których się nie dyskutuje, a bez których sztuka nie ma żadnej wartości. Nikt nie jest w stanie ocenić jej sensu, bo nie istnieje. Są tylko artyści z niespełnionymi ambicjami uważający siebie za bóstwa, bo robią coś, co nikomu się nigdy nie przyda.